JAWORZYŃSKA KRÓLOWA TATR

Modlitwa i wypoczynek. Zmysły chłoną zapach mokrego granitu lub nagrzanej słońcem trawy. Dłoń odruchowo przesuwa się po najeżonej kosówce, żeby po chwili przekonać się, że jest ona gładka i miła w dotyku. Wzrok czasem oślepia słońce, kiedy indziej oszukuje mgła. Słuch wyłapuje śpiewne trele ptaków lub, znacznie częściej, zasapane głosy turystów.

Przystanek na grani. O Panie…! Myśl odruchowo biegnie ku Bogu. Tak jest w Tatrach. I właściwie nie wiadomo dlaczego tu radość modlitwy jest tak odruchowa i naturalna. W Tatrach nic przecież nie jest łatwe do osiągnięcia. Urok górskiej wycieczki szybko ustępuje miejsca zmęczeniu. Trzeba pamiętać o poważnych niebezpieczeństwach, przewidywać, uważać. Droga na piękny, zdawałoby się niedaleki, szczyt jest prozaicznie męcząca i uciążliwa. Wytrwali przecież jednak dochodzą. A wtedy? O Panie…! Przygodę z Tatrami rozpocząć można, a nawet trzeba, w miejscu, gdzie ekspozycja widoków jest naprawdę wyjątkowa, na Rusinowej Polanie. Droga nie jest trudna, relaksująca. Najsympatyczniejsza jest wędrówka z Wierchporońca, który znajduje się przy Drodze Oskara Balzera, biegnącej ku Łysej Polanie. Zielony szlak prowadzi bez większych trudności na rozległe łąki zwane również Rusinką, na których od lat wypasane były owce. Tu otwiera się okazała panorama Tatr. Na wyciągnięcie ręki wydają się być Rysy, Wysoka, Lodowy Szczyt, Łomnica, no i oczywiście Gerlach. Dlaczego właśnie Rusinowa Polana?

To niewątpliwie piękne miejsce lecz ważniejszy jest KTOŚ, kto osobiście wita tutaj turystów. Jeśli wygrzani słońcem podejmą jeszcze wysiłek i zejdą z polany niebieskim szlakiem, ich oczom ukaże się, ukryty w kotlince, mały drewniany kościółek. To Kaplica na Wiktorówkach, góralski szałas Jaworzyńskiej Matki Boskiej zwanej Królową Tatr. Od stu lat modlą się tu górale, modlą turyści. Czy tu pielgrzymują? To chyba zbyt donośne słowo. Oni tu po prostu przychodzą. A ONA? Jak zwykle. Jest. Niczego sobą nie przysłania. Ani gór, ani Swojego Syna. Jest i czeka. Cicho i niezawodnie. Nazwy Rusinowa Polana, Rusinowa Jaworzyna czy Rusinka pochodzą od sołtysa z Gronia, Karola Rusina, któremu około roku 1650 król Jan Kazimierz oddał na własność szczyt Gęsią Szyję i leżącą poniżej polanę. W połowie XIX wieku należała ona już do kilku bogatszych gazdów ze wsi Bukowina, Białka, Groń i Rzepiska, wypasających tu owce. Właścicielami pastwisk byli, miedzy innymi, Murzańcy. Z tej rodziny pochodziła Marysia Murzańska. Jak na góralską dziewczynę przystało, od dziecka zajmowała się wypasem owiec i bydła.

Oznaczało to niełatwe, często samotne i bardzo pracowite życie. W połowie XIX wieku Rusinowa Polana to był niedostępny, odcięty od świata zakątek, zatopiony w dzikiej przyrodzie. W 1860 lub 1861 roku, czternastoletnią Marysię spotkało dziwne wydarzenie. Pogubiwszy we mgle i wieczornym mroku owce lub też krowy, dziewczynka zrozpaczona błądziła po lesie. Wzywała Matkę Boską na pomoc, gdy wtem na tle jednego z drzew zobaczyła światło i ukazała się jej "Piękna Pani". Obiecała odnalezienie stada a także przykazała dziecku opuścić Polanę, ze względu na grożące "duchowe niebezpieczeństwa". Ponad to prosiła, aby upominać grzeszników i nakłaniać ludzi do pokuty. Nic wielkiego i nic nowego. Marysia opowiedziała o tym zdarzeniu pasterzowi, Wojciechowi Łukaszczykowi, który na drzewie przybił papierowy obrazek Matki Boskiej. I na tym koniec wszystkich emocji. Ciężko pracujący górale nie mieli czasu roztrząsać ani rozgłaszać cudu. Nie było też żadnego procesu potwierdzania prawdziwości objawienia. Natomiast pracujący w lesie robotnicy oraz pasterze z polany często przyklękali przed niepozornym wizerunkiem, zawierzając siebie i swoją pracę Maryi. A co stało się z Marysią? Jej życie dalekie było od ideału świętości.

Dzieciństwo i młodość przy ciężkiej pracy, utrata dzieci i w końcu wczesna śmierć to życiorys niejednej ówczesnej kobiety. Jednak przesłanie przetrwało i marysine oddanie się Matce Bożej również. Z czasem papierowy obrazek zniszczył się i zastąpił go wizerunek Matki Boskiej malowany na szkle. Kolejny krok to płaskorzeźba, aż wreszcie na drzewie pojawiła się kapliczka i drewniana figurka. W 1902 roku, poniżej polany, w lesie, zbudowano małą kaplicę o wyglądzie szałasu pasterskiego. Umieszczono w niej ową figurkę, którą zaczęto nazywać Matką Bożą, Królową Tatr. Kaplica jednak niedługo spłonęła, a Królowa do dziś ma osmoloną prawą dłoń, uszczerbek po pożarze. Wróciła też wówczas w specjalnej skrzynce w kształcie kapliczki na pień smreka. Kult rozwijał się bardzo powoli. Gospodarze, parafianie z Małego Cichego, ponownie odbudowali kaplicę. Potem była rozbudowywana. Pojawiło się źródełko a jego woda w sposób „cudowny” gasiła pragnienie wszystkich turystów i pielgrzymów. Systematyczne nabożeństwa oraz uroczystości przyciągały wiernych w każdym wieku. Kaplica została ostatecznie poświecona 4 października 1938 roku.

Po wybuchu wojny figura Matki Bożej została przeniesiona do Bukowiny i tam ukryta. W roku 1945 bezpiecznie powróciła na Wiktorówki. W 1957 roku Kuria Metropolitalna w Krakowie utworzyła na Wiktorówkach duszpasterski ośrodek turystyczny, powierzając go Zgromadzeniu Księży Marianów. W kolejnych latach ośrodek przejmowali Dominikanie, którzy pozostają gospodarzami do dzisiaj. Kaplica jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w Tatrach. Zachodzą tu wszyscy. Niedzielni turyści i ci, którzy góry traktują jak swoje życiowe credo. Młodzi wracają tu, aby udzielić sobie sakramentu małżeństwa. Przy źródle, na skale wiszą pośmiertne tablice tych, co w Tatrach pozostali na zawsze. Bywał tu również, jakże by inaczej, Karol Wojtyła. Nawet raz nosił wodę do szałasu gaździny, Anieli Kobylarczykowej. Wieloletnia gospodyni szałasów na Rusinowj Polanie nie poznała w zmęczonym turyście kardynała. Zresztą wszystkich traktowała z równą, szorstką życzliwością. Kardynał Wojtyła usłyszał, że herbatę dostanie, jeśli nanosi wody. Przyszły Papież bez słowa dźwigał wiadra z pobliskiego potoku.

Po latach, na wieść o wyborze na Stolice Piotrową Polaka, „Babka” Aniela żałowała, że zrobiła Wojtyle tę herbatę. „…Miałabyk se teroz dwa wiaderecka wody święconej…” mówiła. Oboje gazdują już u Pana Boga i pewnie do rozpuku śmieją się z ludzkiego poczucia godności. Takie to miejsce. Trafiają tu wielcy i mali, poranieni i szczęśliwi, ambitni i ci, co pragną w tatrzańskiej ciszy ukryć się przed światem. Przyciąga ich Jaworzyńska Matka. Skromnie stoi w ołtarzu kaplicy. Zamiast fanfar, modlitwie towarzyszy skrzyp wysychającego drewna i gwar ludzi popijających herbatę z dominikańskiej kuchenki. Nawet położenie kościółka nie jest zbyt urokliwe. Teren wilgotny, zacieniony, szczelnie otoczony lasem. Cały urok tego miejsca to ONA. Błogosławiąca, słuchająca. A potem wszystkie dzieci ruszają na szlaki. Poprzez Nią uczą się rozmawiać z Bogiem. Tam w górach jest prawdziwa katedra i miejsce spotkania.

Małgorzata Rams

powrót