Coroczna starowiejska wyprawa

Głusza… Tak, trzeba pobyć w głuszy żeby dowiedzieć się, co to czas, nauczyć się dystansu do problemów i zacząć śmiać się z samego siebie. Nasza dyżurna, strychowa głusza to oczywiście Stara Wieś, którą nawiedzamy co roku w majowy weekend. Dla odpoczynku, dla modlitwy której nie przeszkadza żadna pilna sprawa, dla wspólnego przebywania i przeżywania wspólnoty. W niezwykle słoneczne piątkowe popołudnie ostatniego dnia kwietnia spakowaliśmy manatki i dary od naszych sponsorów i wyruszyliśmy w miejsce, gdzie telefon komórkowy nie jest już niezbędny a czas odmierza się pozycją słońca na niebie i nasilającymi się odgłosami burczenia w brzuchu.

Gmina Brzozów otoczyła nas zielonymi ramionami lasu, prostotą życia i świergotem ptaków. Spokój wydaje się wyrastać tu z ziemi i być kamieniem węgielnym willi. Mieszczuchy mogą doznać lekkiego zawrotu głowy zanim się przyzwyczają. Na każdy dzień był jakiś pomysł. Punktami stałymi były poranne medytacje prowadzone przez Ojca Roberta, Eucharystia oraz nasze późnowieczorne modlitwy w kaplicy. Po śniadaniu w iście królewskim stylu (każdy mógł znaleźć na stole coś, co mogło dopieścić jego podniebienie) zbieraliśmy się w sali kominkowej lub na łące (w zależności od pogody) i braliśmy udział w zabawach integracyjnych zorganizowanych przez grupę Strychowiczów.

Sobota była dniem sportu: 3 drużyny rywalizowały w różnych konkurencjach zręcznościowych. Myślę, że warto tu wymienić takie zmagania jak rzut klapkiem, bieg tyłem, "taczki" czy polowanie na szyszki. Poziom endorfiny znacznie podskoczył i już sama nie wiem czy niektórzy zachrypli od okrzyków dopingu czy salw niepohamowanego śmiechu. Już poza konkurencją odbywały się mecze siatkówki, w którą większość Strychowiczów namiętnie kocha grać. Tradycyjne już starowiejskie karaoke przyciągnęło w tym roku niespodziewanych gości o nazwiskach łudząco podobnych do nazwisk znanych gwiazd muzyki i filmu. Talenty wokalne ujawnione, czas na film, grę lub nocną pogawędkę na ważne tematy. W kolejnym dniu postawiliśmy na miłość - słynna "Randka w ciemno" zawitała w progi willi Jezuitów! Na skojarzone dwie szczęśliwe pary czekały romantyczne nagrody: zmywanie naczyń po obiedzie oraz podsycanie ognia miłości na wspólnym wieczornym ognisku z kiełbaskami. Pogoda sprzyjała przez większość czasu spacerom po lesie i przebywaniu na świeżym powietrzu. Nikt nie narzekał na brak sklepów ani nie tęsknił za komputerem.

Chyba na te 3 dni zapomnieliśmy o niezbędności zdobyczy techniki w naszym życiu. Pan daje się poznać i we wspólnocie i w samotności, pokazuje jak jest blisko w najprostszych słowach, najdrobniejszych gestach, codziennych zwykłych sytuacjach. Tak bardzo na tym wyjeździe działał Słowem ku scementowaniu na nowo naszego duszpasterstwa poprzez mówienie prawdy i budowanie na prawdzie wszystkich relacji. Dużo rozmawialiśmy, ale również prowadziliśmy dialogi bez słów: spojrzeniem, byciem obok, podaniem dżemu z drugiego końca stołu, wspólnym śpiewem, uśmiechem. Nikt do niczego nie zmuszał i tyle radości płynęło każdego dnia do naszych serc i z naszych serc na zewnątrz. Chcieliśmy odłożyć na chwilę nasze bolączki i choć wracały jak bumerang, uczyliśmy się z gorszym czy lepszym skutkiem odpierać ich ataki. Czerpać siłę ze świadomości, że tyle osób modli się wraz ze mną o to samo co ja.

Że tu i teraz śmieję się i śpiewam i nie martwię co muszę zrobić później, a kiedy nadejdzie czas wyjazdu, Pan pobłogosławi także i wypełnianiu obowiązków i codziennej pracy. Siła, jaką co roku przywozimy ze sobą ze Starej Wsi musi nam wystarczać aż do następnego pobytu. Już sam ten fakt mówi, jakie znaczenie ma dla Strychowiczów ta "dezercja od cywilizacji". Choć zawsze pozostaje niedosyt, to jednak zakwita tak dużo myśli, pielęgnowanych w najmilszych wspomnieniach, że owoce zaskakują i cieszą. Co zrobić z tak cudownie rozpoczętym majem? Postarać się, by koniec był tylko piękniejszy.

M.M.

powrót