Górskie hasanie

W dniach 10-14 lipca 2009 Duszpasterstwo Akademickie STRYCH bez wcześniejszych ustaleń udało się do Krościenka na wakacyjne wędrowanie. Zamieszkaliśmy, jak to czynimy od kilku lat, w bazie wypadowej, dokładnie w domku "Za Cedronem", który należy do kompleksu Kopiej Górki, Centrum Ruchu Światło-Życie. Czas wakacji, aby był prawdziwym odpoczynkiem, trzeba jakoś spożytkować. A wiadomo, że nic tak nie relaksuje jak wysiłek fizyczny. Jest on owocny tym bardziej, gdy przeżywany jest wspólnie, w gronie zaufanych osób, z którymi dobra zabawa idzie w parze z budującymi rozmowami. Nasza strychowa wspólnota miała okazję zakosztować piękna pienińskich krajobrazów podczas czterodniowego wypadu do Krościenka początkiem lipca. Nie wszyscy z nas to "górałazy", na szczęście szczyty w Pieninach i Gorcach nie wymagają kondycji himalaisty. Nie dla zdobywania szczytów zresztą przyjechaliśmy do Krościenka, raczej by się delektować samym wspinaniem, smakować wędrówkę na szczyt. Bogactwo malowniczych widoków, doskonała harmonia natury i jej najmniejszych cudów: krzaczki poziomek, krzewinki borówkowe, kolonie mrówek, grające na łąkach pasikoniki… Weszliśmy w tę oazę ciszy ze swoimi troskami, obawami, planami, marzeniami i wszystkie zaczęliśmy dostrzegać z innej perspektywy. Czasami wystarczało wędrowanie w ciszy, w swoim tempie, obserwowanie i dostrzeganie w krajobrazach górskich szlaków ręki Stwórcy, który wszystko tak mądrze uczynił. W niektórych obcowanie z pięknem gór i połonin uaktywniło chęć czy nawet potrzebę rozmowy.

Na takich wakacjach na wszystko znajdzie się miejsce i czas… Pierwszego dnia naszym celem stał się Lubań. Cierpliwie pokonywaliśmy kolejne podejścia, od czasu do czasu wspomagając się wspólnym śpiewem i odpoczywając w południe na przystanku pod szyldem "Anioł Pański". Gdy oddech się wyrównał a pot z czoła został otarty, chłonęliśmy wszystkimi zmysłami rozpościerające się wokół widoki. Wieczorem uwieńczeniem dnia była pyszna sycąca kolacja oraz wspólne zabawy do nocy: kalambury wyróżniające się kreatywnością uczestników i naznaczone częstymi salwami śmiechu, rozwiązywanie "mafijnych" porachunków przy pomocy odpowiedniej strategii psychologicznej, spacery pod gwiazdami i nocne rozmowy o życiu… Plany kolejnych dni wyłaniały się spontanicznie: Sokolica i Trzy Korony, Wysoka i Wąwóz Homole, wyprawa na zamki w Czorsztynie i Niedzicy. Widoki ze szczytu zachwycają i … onieśmielają! Człowiek staje się taką małą kropką, domy piętrowe na pół paznokcia, rzeki jak błyszczące niteczki z prującej się tkaniny połatanych w kwadraty pól uprawnych. Jak "patchworkowa" narzuta świata! Nasz przewodnik pokazywał kolejne szczyty, nazywał góry, identyfikował miasteczka z mapą. "O, wczoraj byliśmy na tamtej górze". Cudowne wrażenie widzieć jak na dłoni trasę wspólnej wędrówki, uświadamiać sobie, ile można przejść, jakich doznań doświadczyć na własnej skórze i …w spracowanych mięśniach nóg. Dziś zamykam oczy i mam pod powiekami te obrazy z każdego dnia, nasycone barwy, zygzakowate wzniesienia gór w panoramie oglądanej z kanapką w ręce na zalanej słońcem polance. Cisza rozlewała się w sercu pokojem i pokrzepieniem. Wiedza, że góry trwają już wieki spotyka się z wiarą, że "góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać ale …" Jakąż siłę można zaczerpnąć z takiej wyprawy.

Tyle, że najpierw trzeba wykrzesać trochę wysiłku z siebie. Bo każdemu zdarza się kryzys w czasie wychodzenia pod górę i tylko nadzieja, że to nie własną mocą a Jego wszechmocą nogami przebieram, pomaga wspinać się dalej! I nadzieja ta zostaje z nami również wtedy, gdy z góry schodzimy (lub zbiegamy ze "Zdrowaśkami" na ustach…) ku naszej rzeczywistości, codziennym wyborom i obowiązkom. To jedna z wielu prawd, które można sobie uświadomić w górach. Pokonywanie siebie, swojej buty, dostrzeganie z pokorą swojej małości wobec wielkości Tego, co świat stworzył i dał nam w zarząd. Dzielenie się dobrem: łykiem wody, kawałkiem czekolady na wzmocnienie, pokrzepiającym słowem, niesienie komuś zbyt ciężkiego plecaka, podanie ręki przy stromym podejściu… Takie małe gesty wspólnoty otwierające oczy na możliwość czynienia cudów w życiu codziennym, na piękno tego co tak często niedostrzegane a dające tyle radości! Każdy ma swoją definicję wypoczynku, ale myślę, że Strychowicze zaznali prawdziwego wypoczynku, choć był taki krótki. Może zatem warto organizować takie wyjazdy : krótkie ale częściej? Może wtedy owoce będą trwalsze?

M.M.

powrót