TORUŃskie wspomnienia - czyli Strych na wakacjach

26 czerwca Duszpasterstwo Akademickie "Strych" rozpoczęło "duszpasterską przerwę wakacyjną", nie było już "20-stek", spotkania modlitewne odbywały się co 2 tyg., a wszelkie strychowe - bardziej i mniej - cykliczne inicjatywy zostały zawieszone do października. Ale wakacje wcale nie oznaczały braku naszej aktywności, wręcz przeciwnie, to właśnie był czas na działanie! Wszak nie pokonywaliśmy już 78 schodów, by spotkać się w siedzibie duszpasterstwa, ale wspólnie korzystaliśmy z dobrodziejstw, jakie niosły dla nas wakacje. Pierwszą okazją były rekolekcje z ks. Johnem Bashoborą, które zorganizowała w Toruniu w dniach 2-4 lipca tamtejsza Wspólnota "Posłanie". Ks. Bashobora jest diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej w Diecezji Mbarara w południowo - zachodniej Ugandzie. Obecnie mieszka i pracuje w Ugandzie, choć większość czasu spędza w podróży, głosząc Ewangelię w różnych częściach świata. Potężne namaszczenie, jakie otrzymał od Boga w posłudze uzdrawiania i uwalniania, owocuje wielkimi znakami i cudami wszędzie tam, gdzie ten pokorny kapłan głosi Słowo. Ks. John Bashobora znany jest w Kościele jako osoba bardzo aktywna w ewangelicznej posłudze.

Praktycznie każdego dnia głosi Chrystusa kilkudziesięciu tysiącom ludzi podczas spotkań ewangelizacyjnych na różnych kontynentach świata oraz modli się właściwie nad każdym, kto o modlitwę go poprosi. Wiele osób po modlitwie dawało świadectwa uzdrowień z poważnych chorób, byli też tacy, którzy mówili o uwolnieniu oraz nabyciu duchowej siły na drodze uświęcania się. Na stałe "Father Bash", bo tak nazywają go lokalni wierni, mieszka i pracuje w Ugandzie. Zajmuje się głównie sierotami, dziećmi wojny oraz chorymi na Aids. Zapewnia utrzymanie ponad 4 000 dzieci, sam opłaca ich codzienne wyżywienie, a także dba o ich edukację.

1 lipca

Nasza podróż rozpoczęła się 1 lipca późnym wieczorem, kiedy pożegnani przez duszpasterza o. Roberta, wsiedliśmy do pociągu relacji Krynica- Gdynia, by po 11, 5 godzinach dotrzeć do celu naszej wyprawy, czyli Torunia. Trudno opisać oczekiwania, jakie towarzyszyły nam na samym początku, zawsze łatwiej robi się podsumowania, ale chyba całą naszą "szóstkę" wiodło pragnienie przeżycia "czegoś" szczególnego.

2 lipca

Do "piernikowego miasta" dotarliśmy o poranku, trochę gonił nas czas, bo do rozpoczęcia rekolekcji zostało jedyne 1,5 godziny, a my musieliśmy jeszcze dostać się na miejsce naszego zakwaterowania, czyli do akademika toruńskiego uniwersytetu, ale że Opatrzność nad nami czuwała, a torunianie służyli radami logistycznymi, to dość sprawnie znaleźliśmy się u celu. Nie byliśmy na szczęście jedynymi, którzy przyjechali na ostatnią chwilę, ponadto Pan po raz kolejny okazał swoją opiekuńczość, gdy przez "przypadek" w akademiku spotkaliśmy koleżankę z ubiegłorocznych JDM-ów w Świętej Lipce - Asię studiującą w Toruniu, która nie tylko pomogła nam dotrzeć do Kościoła św. Jozefa, gdzie odbywały się rekolekcje, ale i przez kolejne dni była naszym toruńskim przewodnikiem. Dzięki niej oprócz uciech ducha, mogliśmy doświadczać i czysto cielesnych przyjemności, urządzając późno-wieczorne spacery, by podziwiać miasto Kopernika. Pomimo tego, że na miejsce dotarliśmy o 9.55, czyli 5min przed planowanym rozpoczęciem, udało nam się znaleźć dogodne miejsce w bocznej nawie, z którego roztaczał się całkiem przyzwoity widok na ołtarz i prelegenta. Po krótkim przywitaniu wszystkich zebranych (było nas ok. 800 os. z przeróżnych części Polski) wyszedł do nas ks. John, by konferencją wprowadzić nas w tematykę pierwszego dnia naszych rekolekcji: "Bóg kocha Cię osobiście", tak osobiście, że poświęcił wszystko co dla Niego było najcenniejsze, życie swego umiłowanego Syna! By pobudzić nasze twórcze myślenie i włączyć nas żywiej w swoje nauczanie, ks. John, posłużył się obrazową analogią człowieka do telefonu, którą potem dość często przypominał wypowiadając hasłowe: Halo! Chodziło mu o uświadomienie nam faktu, iż aparat telefoniczny bez połączenia z prądem jest bezużyteczny, w przypadku człowieka tym prądem jest modlitwa, kiedy przestajemy się modlić żadna częstotliwość nie odbiera, a szczególnie ta, na której możemy "łapać" kontakt z Panem Bogiem. Kolejna konferencja poświęcona była właśnie kwestii "braku prądu" w naszym życiu. Szybkie i dosłowne pytania postawione przez ks. Johna: "kiedy zacząłeś tracić miłość Jezusa", "kiedy upadłeś"? sprawiły, że każdy chcąc nie chcąc, zmuszony był dokonać retrospekcji swojej przeszłości, by mniej lub bardziej wnikliwie przypatrzeć się ciemniejszym stronom swojego życiorysu.

Już św. Paweł mówił o zaraźliwości grzechu, o reakcji niebezpiecznego przyzwyczajania się do niego, momencie kiedy zaciera się granica pomiędzy mogę a nie powinienem. By konferencje i słowo uwieńczyć obrazem, Wspólnota Posłanie, przygotowała dla nas inscenizację "grzech nie dotykać", która bardzo symbolicznie, acz niezmiernie trafnie oddała proces walki człowieka z grzechem. Cały dzień słuchaliśmy o czymś, o czym niby wszyscy doskonale wiemy, bo te prawdy słyszeliśmy tysiące razy a jednak… Stojąc w kolejce po obiad usłyszałam rozmowę starszego małżeństwa - uczestników rekolekcji - mąż z wyrzutem w głosie zwrócił się do żony, stwierdzając: "przecież ja to wszystko o czym mówi ks. Bashobora wiem, to dla mnie nic nowego!", na co ona, nie znajdując chyba argumentów, odpowiedziała "przecież sam chciałeś przyjechać, ja cię tutaj nie ciągnęłam" - zrodziła mi się wtedy myśl, jakże różnorodne powody i racje kierują naszym działaniem i jak różne mamy oczekiwania, czy ten pan chciał usłyszeć coś nowego, coś o czym jeszcze nie wiedział? Niczego "nowego" nie dostrzegał w ewangelii, o której mówił ks. John. I tak już przywykł do Bożego Słowa?! Myślę, że po wieczornej adoracji przed Najświętszym Sakramentem nieco zmienił swoje nastawienie, bo nie było już mowy o "szablonach SŁOWA", było tylko działanie.

Pan uzdrawiał swoją mocą poprzez ks. Bashoborę z wszelakich chorób duszy i ciała. Ustępowały choroby oczu, raka, niedowładu nóg, nadciśnienia, osoby wyzwalane były z braku przebaczenia. Gdy wyszliśmy z Kościoła, było już grubo po 21, pomimo zmęczenia, choć wymieszanego z radością po całym dniu doświadczeń, bez wahania ruszyliśmy prosto na toruńską starówkę, by podziwiać miasto nocą, a naprawdę było co podziwiać! Toruń jest jednym z nielicznych miast, które nie zostało zniszczone podczas wojny, dlatego architektura jest zachowana wprost idealnie. Na początku wędrówki Asia opowiedziała nam kilka legend o mieście, które wprowadziły nas w klimat przemierzanych uliczek, budynków, murów a wszystko uwieńczyliśmy spacerem brzegiem Wisły, zaliczając przy tym most im. J. Piłsudskiego, z którego roztaczał się cudowny widok na całe Stare i Nowe Miasto pogrążone w półśnie.

3 lipca

W drugim dniu naszych rekolekcji o. John podjął temat uwolnienia. Zaczął od słów św. Augustyna, który mówił, że "Bóg stworzył cię bez twojego udziału, ale zbawić może cię tylko z tobą!". Słuchaliśmy o tym, że uwolnienie w nas może nastąpić tylko wtedy, gdy zechcemy zaprosić Boga do tego procesu. W nawiązaniu pojawiła się przypowieść o Zacheuszu, poborcy podatkowym z Jerycha - miasta złodziei i rzezimieszków. Pojawiło się rozwinięcie tej przypowieści, każdy z nas przeżywa bowiem swoje Jerycho. Tyle jest rzeczy i miejsc, które chcą nas "obrabować", podobnie jak i każdy z nas w jakimś czasie i miejscu jest Zacheuszem, który "grabi". Tłum, który przeszkadzał Zacheuszowi zobaczyć Jezusa symbolizuje tłum i natłok naszych myśli, problemów, które przesłaniają nam Boga. By dostrzec Najwyższego trzeba się nam wznieść ponad nie, tak jak Zacheusz, który wspiął się na drzewo. Ks. John jako charyzmatyk, ale i z wykształcenia psycholog tłumaczył nam, że w procesie uwalniania zachodzą jednocześnie dwie reakcje: napełnienie miłością i ujście gniewu, dlatego często możemy obserwować tak gwałtowne zachowania u osób, które poddawane są egzorcyzmom. W przerwie obiadowej pół naszej ekipy zapragnęło odwiedzić miejsce, którego adres od początku dnia brzmiał w ustach Piotrka: ul. Żwirki i Wigury 80! Nie wszyscy byli zorientowani, o jakie miejsce chodzi, wiec cierpliwie czekaliśmy na ich powrót. Po ponad godzinie wrócili lekko podekscytowani, tym bardziej wzbudzając naszą ciekawość.

Okazało się, że pod tym adresem mieści się siedziba Radia Maryja i nie dość, że zdołali ją obejrzeć, to jeszcze znaleźli się na antenie odmawiając koronkę do Bożego Miłosierdzia i pozdrawiając na koniec nasze duszpasterstwo i o. Więcka. Wieczorna adoracja przed Najświętszym Sakramentem znów otwierała nasze oczy na cuda trwania przy Panu i radowania się Jego niezmierzoną mocą uzdrawiania. Kiedy ks. Bashobora szedł przez Kościół z Panem Jezusem ukrytym w monstrancji słychać było tylko szelest jego ornatu ocierającego się o tłum, każdy wstrzymywał oddech mając świadomość tego co się właśnie dokonuje. Gdy opuściliśmy kościół, to przywitał nas lekki półmrok, ale jak zwykle ochoczo podjęliśmy decyzje o zwiedzaniu miasta - tym razem w planach była nie tylko starówka, ale i jego nowa część. Zobaczyliśmy Teatr Wiliama Horzycy, jeden z budynków uniwersytetu Mikołaja Kopernika , fontannę z flisaczkiem, ruiny Zamku, dwór Artusa i oczywiście nie mogliśmy pominąć Piernikowej Alei Gwiazd, gdzie co roku odsłania się dwa autografy osób, których wybitne osiągnięcia rozsławiają Toruń w Polsce. Zmęczonymi, acz zachwyconymi oczyma wodziliśmy po budynkach i uliczkach, by choć trochę zatrzymać na później ten niezwykły klimat, w nocnym krajobrazie miasto wygląda zupełnie inaczej, ale tylko takie mogliśmy podziwiać przez 2 dni, okazja do dziennej wędrówki tymi samymi, a jednak innymi szlakami nadarzyła się dopiero w dzień naszego wyjazdu. 4 lipca Hasłem przewodnim ostatniego dnia naszych rekolekcji były słowa "Bóg jest dobry cały czas. Good is good all the time", skandowaliśmy je na glosy w wersji polsko-angielskiej. Ks. John nasze rozmyślania tego dnia skierował na tor zniewoleń, przywołując historię faraona i analogicznie mówiąc o faraonach naszego życia, bo przecież każdy z nas ma coś, co go zniewala i wiąże.

Okazją do tego by zrzucić wszelkie więzy jest Eucharystia, ale nasze uczestnictwo i modlitwa podczas niej, nie mogą odbywać się w grzechu, bo wtedy jesteśmy zamknięci na Bożą obecność. Każda Eucharystia ma być dla nas początkiem nowego życia, bo obietnicą Pana na każdej Eucharystii jest to, ze On nas podniesie ponad to, co ciągnęło nas w dół gdy przyszliśmy na mszę, musimy tylko chcieć Mu to ofiarować na samym początku. Na każdą z mszy w której uczestniczymy, musimy przychodzić z jakimś darem, intencją, a nie z pustymi rękoma. Niezwykłą nauką, którą przekazał nam ks. Bashobora, było uświadomienie nam, jak ważna jest modlitwa każdego z nas za siebie nawzajem. Uczyliśmy się bardzo prostymi słowami, z nałożonymi na stojącego obok sąsiada, ofiarowania Panu Bogu intencji bliźniego. Usłyszeliśmy, ze nawet na Eucharystii trzeba nam się modlić za osobę siedzącą obok w ławce, bo nigdy nie wiadomo z "kim przyszła w sercu", bo czy nie miewaliśmy nigdy jakichś nieskonkretyzowanych rozproszeń, nie przyszedł do nas nagły ból głowy, tu usłyszeliśmy historię z afrykańskiej Mszy św., w której uczestniczył ks. John, podczas której tłum wiernych zaczął się nagle zachowywać bardzo gwałtownie: ludzie krzyczeli i rzucali rękoma. Okazało się, że tuż przed Eucharystią kilka osób, zwolenników szatana, rozsypało w Kościele biały proszek, który podziałał halucynogennie na zebranych. Pomyślimy zapewne, że do takich sytuacji u nas w Polsce nie dochodzi, aczkolwiek musimy pamiętać, że diabeł ma przeróżne pomysły, by mieszać w Kościele. Eucharystia w której uczestniczyliśmy na koniec rekolekcji była chyba jedną z najpiękniejszych uczt, w jakich było nam dane brać udział, wokół ołtarza tańczyli Kapłani niesieni radością cudu jaki jest ich udziałem, a za nimi tańczył i kościół: śpiewał, klaskał i przeżywał najprawdziwszą w świecie euforię. Do odjazdu powrotnego pociągu mieliśmy kilka godzin, bez zastanowienia więc i jednogłośnie orzekliśmy, że idziemy "pożegnać się z miastem". Tym razem mieliśmy je zobaczyć w blasku słońca, a nie księżyca. Asia zaprowadziła nas w dwa miejsca, których nie można pominąć będąc w Toruniu.

Pierwszym był sklep z piernikami, przecież jakże wrócić z Torunia bez pierników! Gdy weszliśmy do środka, wielość form i zapachów na chwilę nas przyćmiła, bo jakże tu wybierać spośród kilkudziesięciu rodzajów raptem kilka lub jeden! Ale po kilkunastu minutach każdy wybrał wreszcie coś dla siebie i ruszyliśmy do drugiego miejsca, lodziarni, by tam znów pobudzić nasze zmysły podczas smakowania ponoć najlepszych lodów w mieście. Na uwieńczenie zwiedzania, z piernikami i lodami w ręku, dotarliśmy do Teatru Baj Pomorski, by na chwilkę przenieść się w świat "nibylandii" , bowiem cały budynek owego teatru zrobiony jest na kształt wielkiej szafy z szufladami, próbowaliśmy nawet zajrzeć do ich wnętrza, ale niestety nie znaliśmy odpowiedniego zaklęcia. Tak jak biegiem rozpoczęliśmy wizytę w Toruniu, tak też ją zakończyliśmy, biegnąc z plecakami na najbliższy przystanek by zdążyć na nasz pociąg do domu. Co jak co, ale trzeba przyznać, że kondycję mamy niczego sobie, bo nie dość że zdążyliśmy, to jeszcze kilka minut wypatrywaliśmy na peronie pociągu relacji Gdynia- Krynica. Nasza podróż powrotna była o tyle niezwykła, że pomimo zmęczenia byliśmy na tyle poruszeni wydarzeniami ostatnich dni, że rozmowy trwały kilka dobrych godzin. Właściwie dopiero w pociągu, każdy z nas próbował dzielić się tym co przeżył, ubrać w słowa emocje i myślom nadać konkretny kształt, choć to chyba wcale nie takie proste.

Na początku pisałam, ze łatwiej robi się podsumowania, ale nie do końca jestem tego pewna, choć jedno wiem. Każdy z nas jechał tam z pragnieniem przeżycia czegoś szczególnego i chyba nikt z całej naszej "szóstki" nie wrócił z pustym sercem, które od czasu do czasu drga wspomnieniem tego co doświadczało! Ja nie potrafiłam objąć tego wspomnienia kilkoma zdaniami, Dorotce się to udało: Czwartek, 2 lipca- po całonocnej podróży do Torunia, zmęczeni, ale szczęśliwi wyruszamy do kościoła pw. św Józefa, gdzie mają odbyć się rekolekcje z ojcem Johnem Bashoborą. Po chwili oczekiwania, pojawia się ten niepozorny Afrykańczyk i podrywa cały kościół do śpiewu i tańca na chwałę Pana. Każdego dnia tych 3- dniowych rekolekcji wsłuchujemy się w Słowo Boże, uczestniczymy w Eucharystii i wielbimy Boga od rana do wieczora (z krótkimi przerwami "na małe co nieco"). Na własne oczy doświadczamy uzdrawiającej mocy naszego Stwórcy. Widzimy ludzi, którzy doznają uzdrowień z mocy zła, niewidomi odzyskują wzrok, a ci, którzy nie chodzili, odrzucają kule. Hasło rekolekcji "Wstań i chodź!" staje się żywym słowem. Wieczorami zaś, grupa Strychowiczów z przewodniczką Asią (znajomą z zaprzyjaźnionego d. a. w Toruniu) wyrusza na podbój Starówki.

Asia oprowadza nas po Toruniu i opowiada legendę i historię tego miasta. Ujawnia tajemnicę krzywej wieży, ruin zamku, rzeźbionego osła, a także fontanny flisaczka. Uroku i piękna oświetlonego miasta, położonego nad Wisłą, nie da się opisać. To trzeba zobaczyć, dlatego też chłopcy biegają z aparatami fotograficznymi i uwieczniają na zdjęciach chociaż cząstkę tego, co dane nam było podziwia. Odmienieni mocą Ducha Św. wracamy do domu, a rozmowy o tym, czego doświadczyliśmy ciągną się jeszcze do późnej nocy.

B. Ś.

powrót