Tajemnica obcowania świętych

Listopad - niekochana kobieta…

No i mamy kolejną jesień w życiu, kolejny listopad w kalendarzu. Dla większości z nas to jest smutny miesiąc i smuta pora roku. Za oknami słońca coraz mniej i mniej. Noc zdaje się królować nie tylko w przyrodzie ale i niejednokrotnie w naszych sercach. Robi się szaro i ponuro. Wielu z nas chętniej słucha teraz słów Ballady o Listopadzie Starego Dobrego Małżeństwa mówiących o tym, że "Listopad to niekochana kobieta, co narzeka, narzeka, narzeka… [bo] Popatrzyła w gwiazdy a tam smutki już na resztę życia jej pisane…". Tak. Listopad to smutny i melancholijny czas. Tę melancholię rozpoczynają (a może ją tylko pogłębiają?) pierwsze dwa dni tego miesiąca. Bo to przecież wówczas szczególnie chodzimy na cmentarze. Odwiedzamy groby naszych bliskich. I żeby było nieco jaśniej na duszy i sercu zapalamy zmarłym, ale pewnie i nam samym, płonące lampiony i znicze. Bo światło, nawet jeśli jest takie ubogie jak to, z cmentarnych świec, zawsze wnosi nieco więcej radości.

Czy listopad to smutny miesiąc?

Tak. Listopad to smutny i melancholijny miesiąc, pełen wspomnień o ludziach, którzy odeszli, o bliskich, których już nie ma, o osobach, które bezpowrotnie zniknęły z naszego życia. To smutny i melancholijny miesiąc, bo przypomina nam o naszej przemijalności - jak to się zwykło mówić nieco eufemistycznie o śmierci. I nawet gdybyśmy chcieli o niej zapomnieć to wypominki w kościołach skutecznie nam o niej przypominają. Tak. Listopad to smutny i melancholijny miesiąc… Można to sobie powtarzać wiele razy, prawie do znudzenia i tak de facto przeżywać ten czas. Ale czy naprawdę tak musi być? Czy rzeczywiście mamy traktować listopad jako miesiąc, w którym "smutki na resztę życia [są nam] pisane"? Przecież ten miesiąc nie zaczyna się - wbrew powszechnemu przekonaniu - od nieco smutnego "wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych". Jego pierwszym słowem jest radosna Uroczystości Wszystkich Świętych! Uroczystość, w której nie tyko czcimy niezliczone rzesze anonimowych świętych nie kanonizowanych przez Kościół, ale przypominamy sobie tę prawdę, którą wyznajemy za każdym razem, kiedy wypowiadamy Credo: "…wierzę w świętych obcowanie…".

Świętych obcowanie Co jednak w "praktyce" oznacza to stwierdzenie? Jak możemy przeczytać w Konstytucji o Kościele: "Choć wobec śmierci wszelka wyobraźnia zawodzi, Kościół jednak pouczony Bożym Objawieniem stwierdza, że człowiek został stworzony przez Boga dla szczęśliwego celu poza granicą niedoli ziemskiej. Ponadto wiara chrześcijańska (…) daje odpowiedź na niepokój człowieka o przyszły los, a zarazem stwarza możność obcowania w Chrystusie z umiłowanymi braćmi zabranymi już przez śmierć, niosąc nadzieję, że osiągnęli oni prawdziwe życie w Bogu" (GS 18). Mówiąc innymi słowy wiara w "świętych obcowanie" uświadamia nam, że prawdziwa miłość i prawdziwe relacje nigdy się nie kończą; że śmierć nie może nas odłączyć nie tylko od miłości Chrystusa (zob. Rz 8, 35) ale nawet i od naszych bliskich; że będąc "kimś jednym w Chrystusie" (Ga 3,28) pozostajemy w tej jedności niezależnie od naszej fizycznej egzystencji, tzn. niezależnie od tego czy jesteśmy z "tej" czy "tamtej" strony bram śmierci.

Konieczność nawrócenia

Aby tak przeżywać tę prawdę potrzebne jest nam nawrócenie - zmiana sposobu myślenia. Chodzi o to, byśmy coraz bardziej sobie uświadamiali, że w życiu ważne są nie tylko - lub mówiąc lepiej: nie tyle - więzy krwi (przynależność do konkretnej rodziny), co więzy duchowe. Wiemy przecież dobrze, że można czuć się źle, obco i samotnie wśród członków najbliższej rodziny, żyjąc z nimi pod jednym dachem. A można duchowo być blisko kogoś, kto fizycznie jest oddalony o setki czy tysiące kilometrów a pokrewieństwo jakie nas z nim łączy to to z Adama i Ewy. Jeśli chcemy, by nasze relacje z najbliższymi (i innymi ludźmi) przetrwały próbę śmierci, trzeba koniecznie zmienić nasz sposób myślenia. To, co może (i powinno) nas łączyć, to nie więzy rodzinne ale relacja z Chrystusem, niezależnie od biologicznego stopnia pokrewieństwa. Uczył nas tego sam Jezus, podkreślając swoją więź z Maryją: jest ona błogosławioną (tj. szczęśliwą) nie dlatego, że była ziemską matką Jezusa, ale dlatego, że trwała w Bogu zasłuchana w Jego słowo (zob. Łk 11,27). Im bliżej każdy z nas będzie w relacji z Bogiem tym bliżej będziemy ze sobą nawzajem. I to zarówno z tymi, którzy jeszcze żyją życiem na ziemi, jak i z tymi, którzy odeszli już do "domu Ojca". Ponieważ oni żyją "w Bogu", każde zbliżenie się do Boga zbliża nas i do nich. Sakramenty, zwłaszcza Eucharystia, to doświadczenie wspólnoty ogarniającej żywych i umarłych. Świętych obcowanie przypomina nam, że zbawienie posiada charakter wspólnotowy. Oznacza to, że do Boga nie idziemy sami, w pojedynkę, ale wspólnie razem z innymi.

Świadomy wybór

Listopad to smutny miesiąc… Może to i prawda. Wszystko zależy jednak od tego, jak go będziemy chcieli przeżywać. Będzie szary i ponury, jeśli poddamy się melancholii, jeśli zapatrzymy się tylko ze smutkiem na grobowce, jeśli będziemy jedynie wzdychać z żalem rozpamiętując bliskich, którzy odeszli. Ale może to być także miesiąc wspólnej radości. Wspólnej z tymi, którzy są ciągle obok nas fizycznie. Ale i wspólnej z tymi, którzy cieszą się oglądaniem Boga. Wybór należy do nas. o. Tomasz Oleniacz SI

o. Tomasz Oleniacz SI

powrót