U wrót niebios

W zimowy wieczór ozłocony gwiazdami... Biegłeś, śnieg skrzypiał pod nogami... Nagle przed Tobą stanął Bóg... zdziwiony padłeś mu do nóg... A on głosem łagodnym jak szept zbóż... Powiedział z uśmiechem... Chodź już... (epitafium ku czci zmarłych)

O. Adam z dziećmi

To było w styczniu 2009 r. U wrót niebios stanęło dwóch ludzi: kapłan, którego wszyscy kochali i oficer Wojska Polskiego - ateista. Ksiądz i oficer po raz pierwszy święto zmarłych obchodzili w Domu Ojca. Był to kapłan - zakonnik, który całe życie poświęcił Bogu i ludziom - szczególnie dzieciom, które bardzo kochał. Wieść o nagłej śmierci o. Adama Kubisza, zwanego przez dzieci bajkowym imieniem "Gargamel" obiegła całe miasto. To było jak grom z jasnego nieba. Dlaczego? To pytanie cisnęło się na wszystkie usta. Dlaczego on? Tyle dobra dawał, tyle miłości wszystkim dzieciom. Osierocił je, a tak go kochały i tak bardzo potrzebowały. Często w ich domach zapracowani rodzice wychowanie swoich dzieci powierzali telewizji, internetowi, a łącznikiem między rodzicami i dziećmi była tak popularna dziś komórka. Zabiegani, zatroskani o materialny byt swojej rodziny zapominali o tym, że dzieciom najbardziej potrzebna jest miłość i czas spędzony z rodzicami. Na szczęście dla tych dzieci był ich ukochany "Gargamel", który doskonale znał potrzeby dzieci i zawsze miał dla nich czas. Utworzone chórki kościelne dawały im tyle radości.

Czuły się potrzebne, akceptowane. Msza święta o godz. 11.00 w niedziele gromadziła dzieci nie tylko z naszej parafii. To były Msze święte, które radowały Boga i wszystkie dzieci. A one nie tylko wysłuchiwały je, ale w nich uczestniczyły poprzez śpiew i spontaniczne modlitwy. Były dla nich zrozumiałe. O. Kubisz sprawiał, że te Msze św. przybliżały je do Boga, czuły Jego obecność. Był tak blisko, uśmiechał się do nich, czuły Go w swych małych serduszkach. Ojciec Kubisz był dla nich Gargamelem - czarodziejem. Dobrym czarodziejem, do którego garnęły się wszystkie dzieci. Zawsze znajdował lekarstwo na wszystkie dziecięce smutki i troski. I tu trzeba było być czarodziejem. Trzeba było też wyczarować środki na organizowanie letnich wypoczynków dla dzieci, na utrzymanie i rozrywki tak licznych grup. Jak on to robił, że te wakacje były tak cudowne i niezapomniane? Ojciec Adam przygotowywał swoich wychowanków do przyjęcia pierwszej Komunii świętej, pomagał im wzrastać, a potem niejednokrotnie udzielał im ślubów i chrzcił ich dzieci.

Wszyscy zachowali go głęboko w swoich sercach. Świadczyły o tym ogromne tłumy na Mszy świętej pogrzebowej i jeszcze większe na cmentarzu, gdzie towarzyszyli mu w ostatniej drodze tu na ziemi. Osierocone dzieci obsypały jego mogiłę kwiatami zroszonymi ich łzami. Ksiądz Jan Bosco wypowiedział kiedyś takie słowa: "W chwili śmierci zabieramy to co zasialiśmy w ciągu życia". Żniwo o. Adama tu na ziemi było obfite. Wszyscy ze łzami w oczach żegnali świętego kapłana i wielkiego człowieka. Mieliśmy ogromne szczęście, bo w tych ostatnich dniach życia, ojciec Kubisz odwiedził nasz dom z ostatnią (nie pierwszą) kolędą. Ten ciepły nastrój, jaki stworzył na naszym ostatnim spotkaniu, pozostał na zawsze. Przecież tak wiele mamy mu do zawdzięczenia. Był wychowawcą i przyjacielem naszych synów. Pozostała ogromna pustka po nim. Na każdej Mszy św. szukam jego obecności w różnych miejscach w kościele, gdzie najczęściej przebywał. Nadsłuchuję jego ciepłego głosu. Oczyma serca i duszy widzę go. On jest ciągle z nami. Był miłością, a miłość nigdy nie umiera. W tym samym czasie, wraz z oj cem Adamem u wrót niebios stawił się emerytowany oficer. Nie chodził on do kościoła, choć pochodził z rodziny katolickiej. Rodzice zawsze wpajali mu życzliwość i szacunek do drugiego człowieka. Był serdeczny dla wszystkich i w wielu sytuacjach życiowych pomagał ludziom. Był bardzo lubiany przez rodzinę i przyjaciół. Bardzo kochał swoje dzieci i żonę. Ojciec Wiesław Krupiński napisał takie słowa: "Gdy ateista kocha bliźniego jak siebie samego i czyni dobrze, to jest on bliżej Boga niż ten, który mówi, że wierzy, ale zarazem krzywdzi bliźnich".

Niektórzy z nas pamiętają, że w czasach, gdy rządzili komuniści, oficerowie wojskowi, milicjanci, członkowie partii musieli kryć bardzo głęboko swoją wiarę, bo utraciliby pracę i nie mieliby z czego utrzymać rodziny. Śluby zawierali tylko cywilne. Dzieci chrzczone w ukryciu często przyjmowały pierwszą Komunię św. w innych parafiach lub miastach. Podobny los spotkał naszego oficera. Odszedł on jednak z tego świata pogodzony z Bogiem i z Chrystusem w sercu, choć droga do Niego była bardzo długa. Pogrzeb odprawił kapłan katolicki. Zgromadziła się rodzina zmarłego, sąsiedzi i przyjaciele. Bóg jest miłosierny i miejmy nadzieję, iż razem ze świętym kapłanem przyjął do swego Domu oficera, "syna marnotrawnego" z wielką ra dością, bo odnalazła się zagubiona owieczka. "Bóg bardzo cię miłuje i pragnie mieć dla siebie niezależnie od rodzaju drogi, którą będziesz musiał iść na ziemi" (bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej).

 

BB

powrót