P O CZ TÓW K A

Z

Z A M B I I
o. Andrzej LEŚNIARA SI

Chikuni, 6 stycznia 2014 r. W Chikuni znów sporo zamieszania. Gości u nas lekarz internista, dentysta z Włoch i dwóch młodych chłopaków, którzy przyjechali z USA na trzy miesiące, aby "w czymś pomóc o. Andrzejowi" - jak mówią. Ludzie się cieszą, że przyjechał stomatolog, bo w Zambii zęby można leczyć tylko w stolicy, gdzie plomba kosztuje 100 dolarów. W pobliskim miasteczku urzęduje jedynie felczer z obcęgami. Są też trzej klerycy, którzy przyjechali na przerwę świąteczną z seminarium. To chłopcy pochodzący z Chikuni, więc cieszy mnie, że będą dobrym świadectwem dla parafian. W zeszłym tygodniu też ze mną byli. W radiu zawsze ogłaszamy, gdzie pojedziemy z Mszą św. Napisałem więc wiadomość do wyemitowania na antenie, że będą dwaj seminarzyści z komunią św. w dwóch stacjach misyjnych, a w trzecim będzie Msza św. No, ale jeden z naszych dziennikarzy tak się podekscytował, że zrobił klerykom niespodziankę i ogłaszał, że będą trzy Msze św.

O siódmej trzydzieści ładujemy się do land rovera. Ponieważ padało przez cały tydzień, postanawiam pojechać do Kayola okrężną drogą, bo normalna mogła być zalana. Pierwszy przystanek w Chona. Jeden z seminarzystów zostaje z Najświętszym Sakramentem. Tym razem ogłoszenie zostało przeczytane poprawnie i nie było żadnych niespodzianek. Droga się pogorszyła i moi goście zaczynają już czuć wszystkie kości. Do Cheelo docieramy szczęśliwie, mimo że trzeba było trochę gimnastycznych manewrów, aby okrążyć ogromną wyrwę na moście po ostatnich deszczach. Dowiaduję się, że zdechła krowa w gospodarstwie prowadzonym przez uczniów szkoły radiowej. Mnie jest przykro, im też. Proponuję, żeby krowę zjeść, na co mi mówią, że już zjedzona wczoraj ... Ruszamy do ostatniej stacji w Kayola, gdzie będę odprawiał Mszę św. Po drodze zawracamy trochę i wstępujemy do kobiety, która nie ma nogi i obiecałem kiedyś, że następnym razem ją wezmę do kaplicy. Gdy podjeżdżamy pod dom, widzimy ją siedzącą na stołku, ubraną w piękną sukienkę, już czekającą na nas. Pytam, skąd wiedziała, że jedziemy, a ona mówi - z radia. Aż mnie gorący pot oblał, bo tak naprawdę przypomniałem sobie o obietnicy dopiero niedaleko ich domu. Oczywiście ładują się do samochodu wszyscy: ona, mąż, wnuczki. Nawet pies próbował wskoczyć! Jak zwykle w Kayola, wszyscy już czekają. Trochę mamy spóźnienia, ale nie tak bardzo (9:44). Ja szybko siadam do spowiedzi i kończę około jedenastej. Msza św. bardzo radosna i aż muszę czasem zasłaniać uszy, bo tak głośno. Przy ogłoszeniach nasi goście muszą wyjść na przód i wysłuchać piosenki dla nich, a wszyscy podchodzą się z nimi przywitać. No cóż, trwa to dobre 10-15 minut.

Dostajemy dwie kury jako dar ofiarny podczas liturgii. Jakoś nie chcą z nami jechać i dwa razy prawie wyfrunęły z samochodu. W drodze powrotnej zatrzymujemy się u starowinki, żeby dać jej komunię św., a ta mówi, że jej mąż jest bardzo chory. No wiec doktor z dentystą idą do chaty, zobaczyć, co się da zrobić. Coś tam mu dali, ale muszą go przywieźć do szpitala. Zabieramy po drodze kleryka, który dostał na ofiarowanie kozła. Jeszcze raz się zatrzymujemy i widzę, że drugi kleryk już się bał, że może go zostawiliśmy. Postanawiamy pojechać dalej na skróty. Odradzają nam, że bardzo zła droga. Próbujemy jednak i udaje się szczęśliwie przejechać "most" na rzece. Do Chikuni przyjeżdżamy około 15:00 godziny. Czeka już na mnie delegacja przed domem, bo dzieci się skarżą, że zamówiły hol na noworoczną imprezę, a tu starsi mają jakieś przyjęcie weselne. No cóż, pozwalam im się rozłożyć na trawie domu rekolekcyjnego. Czuję się zmęczony, więc się kładę, żeby się zdrzemnąć, ale nagle jeden dźwięk dociera z holu, a drugi z domu rekolekcyjnego. No więc po spaniu! Jestem od świąt w ciągłym kołowrocie, ale nie mogę się oprzeć tej przedziwnej radości bycia tutaj w Zambii. Radość ludzi, dzieci, ich autentyczność i poświęcenie ujmuje serce. Mają problemy, nieraz nie jest mi tu łatwo. Denerwują mnie różne rzeczy, ale potem widzę, jak ludzie bez butów idą wiele kilometrów, żeby dotrzeć na Mszę. A w Boże Narodzenie kilka osób ze łzami w oczach przyjęło sakramenty. Po długiej przerwie. Uporządkowali wreszcie swoje sprawy. Ja sam, widząc to, jestem nie mniej wzruszony niż oni. To jest życie tętniące i barwne. Myślę, że jest to ogromna łaska, umieć cieszyć się samym przeżywaniem życia.

 

powrót