Zdumieni Bożą sprawiedliwością

o. Robert GRZYWACZ SI

Rozdział czternasty Księgi Objawienia dopełnił widzenia Kościoła- Nie wiasty w całym bogactwie jego ziemsko-niebiańskiej rzeczywistości. Piętnasty rozdział ukazuje ostatni z trzech wielkich znaków (Ap 12,1.3; 15,1). Tym razem jest to znak "wielki i zdumiewający" - wprawiający w zadziwienie, w podziw. Możemy być nieco zbici z tropu, gdy czytamy, że chodzi tu o siedem plag ostatecznych, poprzez które Boży gniew osiąga pełnię. Tymczasem właśnie wizja siedmiu czasz zawierających siedem plag, wyrażających oburzenie Boga u kresu czasów, stoi w centrum tej sceny (Ap 15,5-8). Poprzedza ją zwycięski hymn Mojżesza i Baranka, płynący z ust wiernych, odnoszących tryumf nad Bestią (Ap 15,2-4). Co to wszystko znaczy? Dlaczego taki scenariusz ma nas zdumiewać? Pamiętajmy, że ilekroć jest w Biblii mowa o Bożym gniewie, zawsze za tym obrazem kryje się Jego zraniona miłość. A w kontekście plag ostatecznych oznacza on definitywne odrzucenie największej miłości - skazanie się na życie pozbawione kochania.

Taki jest najgłębszy sens owych plag. Lecz żeby móc miłość odrzucić, wpierw musi się ona ujawnić. Jak to się dzieje? Cały omawiany rozdział nawiązuje do największego wydarzenia w świętej historii Izraela - do Wyjścia z Egiptu (Wj 7,14-15,21) i drogi do Ziemi Obietnic, podczas których urzeczywistnia się Przymierze miłości zawarte z Bogiem (Wj 16-19; 24; 32-34; Lb 11-21; Pwt 32,1-43). Wskazują na to liczne szczegóły: nadmienione już plagi, "morze szklane, pomieszane z ogniem" (Ap 15,2 - ogień sugeruje doświadczenie próby), pieśń Mojżesza (Ap 15,3), a wreszcie Namiot Świadectwa, przypominający ten, który towarzyszył Izraelitom w czasie wędrówki, będący wszelako jego niebiańskim wzorcem (Ap 15,5). Dym z kolei stanowi oznakę obecności Boga (por. Wj 19,18; Iz 6,4), nie odstępującego od umiłowanych wędrowców (Lb 9,15-23). Przywoławszy to starotestamentalne tło, ponówmy pytanie: jak ujawnia się tutaj Boża miłość, której odrzucenie ilustruje obraz Jego gniewu? Św. Paweł uświadamia nam, że wszystko to, co w związku z Wyjściem z Egiptu, zawarciem Przymierza i drogą do Ziemi Obiecanej spotkało Izraelitów, przydarzyło się im jako zapowiedź rzeczy przyszłych, spisane zaś zostało ku pouczeniu nas, których dosięga kres czasów (1Kor 10,11). Wobec nas Boża miłość objawia się zatem podobnie jak wobec nich. Nas również Pan pragnie wywieść z domu niewoli - z najrozmaitszych zniewoleń, w których tkwimy: wyniszczających nałogów, usidlających przyzwyczajeń, krępujących przywiązań itp. Jednakowoż droga do wolności prowadzi przez życiowe pustynie, gdzie musimy doświadczyć pewnych niedostatków, niewygód, zadowalając się niejednokrotnie "mizernym pokarmem" (Lb 21,5).

Ale właśnie pośród tych prób i doświadczeń, dzięki wierze, może nam być dane przeżycie troskliwej i konkretnej (jak dym, obłok czy słup ognia) Bożej obecności. Tylko wówczas będziemy zdolni chwalić "wielkie i zdumiewające" dzieła Jego miłości. W Apokalipsie pieśń Mojżesza jest zarazem pieśnią Baranka (Ap 15,3). A to dlatego, że Boży zamysł ziścił się w Jezusie Chrystusie podobnie jak w historii Mojżesza: nasze wyzwolenie ku pełni życia dokonało się za sprawą przejścia Bożego Syna przez pustynię śmierci. Innej drogi nie ma, ponieważ miłość jest darem ze swojego życia. Bóg przeszedł ją pierwszy, zapraszając nas w Jego ślady: do przejścia przez "morze pomieszane z ogniem" - doświadczenia palącej i oczyszczającej mocy miłości. Na tym polega sprawiedliwość i prawda Jego dróg. Pięknie pisze o tym papież Benedykt XVI w encyklice o chrześcijańskiej nadziei: (…) dla ocalenia trzeba przejść samemu przez "ogień", aby definitywnie stać się otwartymi na Boga i móc zająć miejsce przy Jego stole na wiekuistej uczcie weselnej. (…) Spotkanie z [Chrystusem] przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. To, co zostało zbudowane w ciągu życia, może wówczas okazać się suchą słomą, samą pyszałkowatością, i zawalić się. Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym "przejście przez ogień".

Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga. Jawi się tu również wzajemne przenikanie się sprawiedliwości i łaski: nasz sposób życia nie jest bez znaczenia, ale nasz brud nie plami nas na wieczność, jeśli pozostaliśmy przynajmniej ukierunkowani na Chrystusa, na prawdę i na miłość. Ten brud został już bowiem wypalony w Męce Chrystusa. W chwili Sądu Ostatecznego doświadczamy i przyjmujemy, że Jego miłość przewyższa całe zło świata i zło w nas. Ból miłości staje się naszym zbawieniem i naszą radością (Spe salvi, 46-47).

powrót