Wiara smakowita czyli modlitwa gotowaniem

Minęło już kilka lat, odkąd pierwszy raz w czasie wakacji zamieszkałam na "Wichrówce". Przez kilka lat wracałam tam latem i zimą, przy okazji rozmaitych wydarzeń, rekolekcji i dni skupienia.

Herbata i akty strzeliste

Kuchnia stawała się moim królestwem na miesiąc. I "centrum regeneracyjnym" domu. Tu pierwsze kroki kierowali przyjeżdżający na rekolekcje, tu czekała na nich herbata i pożywny, ciepły posiłek. Zmęczeni podróżnicy zapełniali jadalnię westchnieniami w stylu: - O Boże ! Nareszcie…, - Panie Jezu, jaki tu kawał drogi…, - Święty Antoni, gdzie ja zostawiłam klucze od samochodu?...". Westchnienia, tupot nóg po drewnianych schodach. Wspólna modlitwa przed pierwszym posiłkiem. Można już wyczuć atmosferę zawiązującej się wspólnoty rekolekcyjnej. I nagle energiczny grzechot otwierających się drzwi. Do jadalni wpada spóźniony trzydziestolatek, Jurek. - O! Co ja widzę! Święty bigosik. Pewna starsza pani, wyraźnie wyczerpana drogą, kłapnęła z rozmachem na kuchenne krzesło. Odsapnęła, i patrząc na mnie zmęczonym wzrokiem, zapytała: "O Matko Boża, czy mogłabym dostać trochę wody?". Zdecydowanie pomyliła mnie z Kimś ważnym, ale wodę dostała.

Adoracja od pieca

Najważniejsza regeneracja, ta duchowa odbywała się w domowej kaplicy, przed Najświętszym Sakramentem. Tam gromadzili się codziennie wszyscy uczestnicy rekolekcji. Niestety, ja mogłam tylko tęsknie spoglądać w tamtym kierunku. Pracy w kuchni było tyle, że wszystkie próby wygospodarowania codziennego czasu na modlitwę spełzały na niczym. Któregoś dnia podjęłam desperacką próbę adoracji. Szybciej niż zwykle sprzątałam kuchnię po wieczornych herbatkach i pogaduchach. Przygotowywałam wszystko do kolejnego dnia. Z radością, około dwudziestej trzeciej uklękłam przed Tabernakulum i ... zasnęłam. Obudziłam się około drugiej w nocy i w panice opuściłam kaplicę. Lustro w korytarzu pokazało mi urokliwy kwiat z dywanu, wytłoczony na środku czoła. Śmiejąc się z siebie poszłam do pokoju. Uznałam, że szanująca się kucharka modli się w kuchni i nie ma na to rady. Moim stałym miejscem adoracji zostało krzesełko przed piecem. Tam właśnie zawsze uświadamiałam sobie, że piętro wyżej, nad moją głową stoi Tabernakulum. Przeżywałam JEGO Obecność. I odpoczywałam.

"Święty Florianie od tego, co najprościej..."

1 Kuchenny dzień zaczynał się zwykle również "od pieca". Dosłownie. W wiejskim domu piec węglowy jest do gotowania i do ciepłej wody. Trzeba było zatem co rano namówić go, żeby raczył się rozpalić. Nie było to trudne w pogodne dni. Gorzej bywało, gdy padał deszcz lub opadała kroplista mgła. Wtedy zaczynała się poranna "Litania do Prawie Wszystkich Świętych". - Święty Florianie - mruczałam, - proszę, zajmij się tym ogniem. W końcu się na tym znasz! I zwykle pomagał. Zdarzało sie jednak, że Florian nie reagował. Wtedy przypominałam sobie o świętej Barbarze. Ostatecznie jest patronką górników. Kiedyś, po moim, samotnym, jak mi się wydawało, monologu na temat jakości węgla, usłyszałam zza drzwi kuchni spokojny głos: - Święta Barbara jest też patronką ciężkiej artylerii, może dlatego nie reaguje… . Była 5.30. W jadalni siedziała pani Alicja, uczestniczka rekolekcji i popijała bardzo poranną kawę. W tym momencie w piecu coś trzasnęło, huknęło, potem rozległo się kilka pomniejszych strzałów i palenisko, jak gdyby nigdy nic, zaczęło buzować pracowitym ogniem. Nie wiem do dziś, czy to armaty świętej Barbary czy przypadek, ale obie ze starszą panią popłakałyśmy się ze śmiechu. Innym razem, gdy gęsta, jak poducha, mgła przydusiła komin, do pomocy została mi już tylko święta Rita od spraw beznadziejnych. Czas uciekał, a piec ani drgnął. Do kuchni wszedł pan Kazimierz, zaprzyjaźniony z Wichrówką od lat, i z wyraźnym rozbawieniem obserwował moje zabiegi. - A nie prościej byłoby otworzyć okno i drzwi? Strasznie tu nadymione. Po chwili piec dostał dodatkowego "cugu" i ruszył. Powiedziałam do swojego odbicia w lusterku: ...i po co ci cud, skoro Pan Bóg już stworzył sposób, a ty nie umiesz z niego korzystać!

Psalmy nie w sosie

Kaplica na Wichrówce, o czym już wspominałam, znajdowała się dokładnie nad kuchnią. Msze święte odbywały się zwykle w centrum dnia, czyli tuż przed obiadem. Kucharka mogła zatem tylko pomarzyć o uczestnictwie. Kaplica nie posiadała nagłośnienia, przy kameralnych nabożeństwach nie było ono potrzebne. Jedynym więc fragmentem Eucharystii, który wyraźnie słyszałam, był psalm, śpiewany zwykle przez osobę obdarzoną mocnym głosem. Często dołączałam się do niej i nuciłam sobie ulubione wersety. Powstał z tego "kuchenny" sposób na modlitwę.

"…Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam... Rozsypują się sztućce. Ani rusz nie mogę znaleźć odpowiedniego półmiska, brakuje kubków, które "rozeszły się" po całym domu przy okazji kaw i herbat w grupkach. I Ciebie pragnie moja dusza... Przygotowuję stoły, zupa gwałtownie się gotuje. Trzeba zsunąć z ognia. Ziemniaki parują, a porcjowane mięso parzy palce. Ciało moje tęskni za Tobą... Mieszam surówki. Zniknął cały zapas pieprzu. Po dłuższych poszukiwaniach znajduję słoiczki z pieprzem upchnięte w lodówce. Gorliwi uczestnicy, zwłaszcza panowie, bywają nieprzewidywalni w pomocy. Jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody..." (Ps. 63,2) Koniec nucenia, choć nie koniec psalmu. Mieszam sos, który szybko się redukuje. Dymią wazy. Wszyscy schodzą na obiad. Bogu dzięki! Zdążyłam!

Muchomory i ziółka

Najsympatyczniejsze na Wichrówce były kuchenne poranki. Zwłaszcza zimowe. Śnieg. Pierwsze refleksy wschodzącego słońca. Rozgrzewający się piec. Wyrastające ciasto na chleb. Wędruję po kuchni. Jajka, ser, mleko. Śniadanie już niedługo. Wtedy, w tym sam na Sam, przychodzą słowa Psalmu: "…Przyjdźcie, radośnie śpiewajmy Panu. Wznośmy okrzyki na cześć Opoki naszego zbawienia, Stańmy przed obliczem Jego z uwielbieniem. Radośnie śpiewajmy Mu pieśni…". ( Ps. 95, 1-2.) Letnie poranki bywały bardziej emocjonujące. Pewnego dnia weszłam do kuchni około szóstej. Na stole zastałam rozłożony koc, a na nim, dosłownie, górę grzybów. Rozentuzjazmowani państwo w statecznym wieku odkryli właśnie radość grzybobrania. Niestety, brak doświadczenia sprawił, że na stole leżały same muchomory zwane "szatanami". Mimo głębokiego zaufania do Opatrzności Bożej wolałam nie sprawdzać teorii "...choćby co zatrutego zjedli, nie będzie im szkodzić...". Grzyby powędrowały na kompost. Małżeństwo "grzybiarzy" jednak całkiem serio obraziło się na mnie. Na obiad nie było zupy grzybowej.

Relacje kuchenne dotyczyły nieraz niezłych ziółek. W kuchni zjawiały się osoby z listami dietetycznymi oraz zestawami preparatów ziołowych. Tajemnicze ingrediencje pochodziły od samej Hildegardy z Bingen, od ojca Klimuszki i od nieznanej mi bliżej siostry Honoraty. W kaplicy trwała jutrznia, a ja głowiłam się, które ziółka zalać białym wrzątkiem, które odcedzić. Chwilę później wysłuchiwałam reklamacji. Za ciepłe, gorzkie, "...ojojoj, kochanie, ty mi to chyba wczoraj zalałaś...". Znaczy, zimne. Powoli zaczynało mi brakować cierpliwości. Sprawę rozwiązały banalne ręczniki. Każdy kubek, okręcony wdzięcznym supełkiem, utrzymywał stałą temperaturę. Eliksiry zachowały moc, a ja nie wybuchłam. Uff. Czy to rekolekcje? Wiele razy zastanawiałam się, czy kuchnia może być miejscem rekolekcji. Nie uczestniczyłam w konferencjach, nie było mowy o udziale w jakimkolwiek programie. Pismo Święte leżało zwykle otwarte na parapecie okna. Zerkając na Słowo, chodziłam z Nim od zajęcia do zajęcia. Praca stawała się modlitwą. Często byłam zbyt zmęczona, żeby pomyśleć coś mądrego. Oddawałam Mu swój dzień w kuchni i... przygotowywałam kolejny posiłek. Wymiatałam piec, sprzątałam, wyrabiałam ciasto, gotowałam.

Nagle okazało się, że jednak TAK. To także święty czas. Dla mnie. Nauka wiary zwyczajnej. Przekraczania samej siebie. Krok po kroku. Okazało się, że otacza mnie modlitwa. Otaczają mnie ludzie. Ciekawi, wrażliwi, poszukujący. Zupełnie przeciętni. A jednak bardzo wyjątkowi. Skąd to wiedziałam? Widziałam to wszystko "od kuchni". Tak potocznie mówi się o rzeczywistości bez upiększeń. I to prawda. W kuchni, przy herbacie i smacznym kawałku ciasta wiele języków i serc rozluźnia się. Wieczorne rozmowy przy wichrówkowym stole długo będę pamiętać. I to, że Pan Bóg jest głęboko w każdym sercu. Trzeba Go tylko w sobie poszukać.

Małgorzata Rams

 

powrót