To był piękny, sierpniowy dzień

Trwają przygotowania do jubileuszu 50-lecia koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Pocieszenia z naszego kościoła. Główna uroczystość odbędzie się 1 września. Mszę św. jubileuszową na sądeckim Rynku odprawi nuncjusz papieski w Polsce abp Celestino Migliore. 11 sierpnia 1963 roku Prymas Polski Stefan Kardynał Wyszyński w obecności ok. 300 tys. wiernych koronował w Zawadzie obraz Matki Bożej Pocieszenia. O wydarzeniach sprzed 50. laty rozmawiamy z Marią Gizą - Podgórską (rocznik 1921), córką gen. Józefa Gizy, zamieszkałą w Chełmcu, na granicy z Nowym Sączem.

Jaki był Pani udział w przygotowaniach do uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia z kościoła Ducha Świętego ojców jezuitów w Nowym Sączu?

- W latach poprzedzających uroczystość przepisywałam z mężem dużo rzeczy, także po łacinie, dla ojca superiora Tadeusza Michalika, który przygotował z wieloma współpracownikami koronację obrazu. Zwykle robiliśmy to w kilku egzemplarzach.

Skąd się wzięło takie zaufanie ojca Michalika?

- Z jezuitami byliśmy bardzo związani rodzinnie. Moi rodzice brali ślub w kościele jezuitów w Rynku, w czerwcu 1914 roku. Pięć dni później ociec został wezwany na ćwiczenia wojskowe, potem poszedł na wojnę światową i prawdziwe małżeństwo rodziców zaczęło się dopiero po zakończeniu wojny. Drugi kontakt z jezuitami był taki, że ja z kolei brałam ślub w kościele kolejowym, moje dwoje dzieci były tam chrzczone i stąd z tymi ojcami byliśmy bardzo blisko. W ogóle byliśmy wychowani w duchu religijnym, szacunku dla Kościoła i duchowieństwa. Jezuici cieszyli się szczególną estymą, bo to jest zakon na poziomie, że tak powiem. Mnie zawsze pociągała ich wiedza i szerokie horyzonty, znajomość historii Polski, nawiązywanie do polskich tradycji. Później była taka historia, że nasze pierwsze dziecko, Hania, od urodzenia była niepełnosprawna. Mieliśmy strasznie dużo kłopotów z córką, które nie rozwijało się tak, jak potrzeba. Mąż bardzo źle to znosił, nie umiał z tym się pogodzić, bywały różne ciężkie chwile i jezuici usiłowali nam pomóc. Myśmy wtedy mieszkali blisko kościoła kolejowego i ci znajomi ojcowie wpadali do nas przy różnych okazjach, aby nas umocnić i pocieszyć. A potem dowiedzieli się, że obydwoje z mężem gramy w bridża. I od tego bridża zaczęła się bliższa znajomość. To nie była znajomość stricte w celu grania w karty, tylko oni chcieli nas podnieść na duchu ze względu na nieszczęście z dzieckiem. Przychodzili i pytali: "Co słychać u Hani?". Ja zdawałam relacje gdzieśmy byli z córką u lekarza, że w Warszawie, to w Krakowie, czy w Poznaniu. Więc to było tak gwoli podniesienia nas na duchu. Później przenieśliśmy się do Chełmca, ale kontakty z jezuitami się nie urwały, bo z Chełmca mieliśmy znowu blisko do kościoła Ducha Świętego. Przeżyliśmy wielu superiorów z obu parafii. Jednym z najbliższych był ojciec Felicjan Machajski z kościoła kolejowego, znaliśmy wszystkich superiorów z Rynku. Bo oni się wzajemnie wymieniali, raz byli w parafii kolejowej, to znów przy Rynku. Bardzo blisko był z nami ojciec Władysław Augustynek, tak samo ojciec Franciszek Jawor. Znaliśmy prawie wszystkich jezuitów. Dobrze pamiętam ojca Józefa Obacza, wielkiego kaznodzieję, który bywał w naszym domu, tak samo ojca Edmunda Oleszczaka, który się urodził w Rostowie nad Donem; był wspaniałym gawędziarzem i świetnie grał w bridża. Trudno mi dzisiaj wymienić wszystkich jezuitów zaprzyjaźnionych z naszą rodziną. W każdym razie, ile razy jestem w kościółku na Helenie i przechodzę obok grobowca jezuitów, to co drugie nazwisko na tablicy jest mi znajome. To jest ktoś, kto bywał w naszym domu, z kim miało się bliski kontakt.

Jak Pani wspomina ojca Tadeusza Michalika?

- To była szczególna postać, taki szalony, znakomity organizator. Ojciec Michalik wszystko robił głośno, na dużą skalę, z rozmachem, dlatego przez innych ojców był nazywany "Sajdhużinem" (śmiech). Młodszym kibicom przypomnę, że Gajnan Sajdużin to był taki rosyjski kolarz, chyba Gruzin, świetny sportowiec, wygrał Wyścig Pokoju w 1962 roku, który zawsze wyrywał do przodu i zostawiał peleton z tyłu. I ojciec Michalik też taki był. Rwał do przodu, a inni z trudem za nim podążali. Z czasem zaczął się jąkać z tego powodu, bo jak był opanowany jakąś ideą, to bez reszty. Ojciec Michalik był wielkim budowniczym, przeprowadzał cały szereg renowacji w kościele Ducha Świętego. Był gospodarzem kolegium jezuickiego i parafii z prawdziwego zdarzenia, a niełatwo było wtedy wyżyć jezuitom. Ojcowie mieli z początku gospodarstwo rolne przy kościele, ale im zabrano. Stracili też gospodarstwo w Zabełczu, gdzie pracował nasz dobry znajomy ojciec Henryk Sokołowski, o którym nawet napisałam wierszyk. No więc taka była ścisła współpraca. Ojciec Michalik zlecał mi bardzo wiele przepisywania na maszynie. Ja w tym czasie, ze względu na chorobę córki nie pracowałam, tylko siedziałam w domu i w wolnych chwilach siadałam przy maszynie do pisania.

Dokumenty koronacyjne też Pani przepisywała?

- Tego właśnie nie mogę sobie przypomnieć, bo myśmy wtedy mieszkali już w Chełmcu, gdzieśmy się przenieśli w 1960 roku. Opracowania ojca Mieczysława Bednorza zatytułowanego "Obraz Matki Bożej Pocieszenia w Nowym Sączu" z 1962 roku, gdzie była opisana historia wielowiekowego kultu obrazu i podane świadectwa osób, które doznały szczególnej opieki Matki Bożej Pocieszenia w najcięższych chwilach swojego życia, między innymi więźniów obozu w Oświęcimiu, nie przepisywałam. Ale na przykład przepisywałam "Krótki zarys historii i działalności zakonu Towarzystwa Jezusowego na przestrzeni czterech wieków", autora już nie pamiętam. Przepisaliśmy z mężem w sześciu egzemplarzach także książkę Jamesa Brodricka pt. "Powstanie i rozwój Towarzystwa Jezusowego", która wyszła w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Książki religijne ukazywały się wówczas w bardzo małych nakładach, a ojciec Michalik chciał, aby ta pozycja była dostępna w bibliotece parafialnej. Tę książkę dedykowaliśmy naszemu synowi Tomaszowi, proszę posłuchać: "Ukochanemu Tomaszkowi ofiarują tą książkę rodzice, z życzeniem, by bacznie prześledził drogi, jakimi Chrystus prowadził wybrany swój zakon i kierował życiem poszczególnych jego członków. Zauważ też synku, iż można być świetnym pisarzem, historykiem, tak jak autor tej książki, nie tracąc przy tym ani poczucia humoru, ani pełnego serdecznej życzliwości w stosunku do ludzi. Z myślą o Tobie syneczku przepisywali tą książkę Mama i Tata. Chełmiec 1963 rok."

Piękna dedykacja dla małego chłopca.

- Tomek był zaznajomiony z wszystkim ojcami. Kiedy graliśmy w bridża, to się nam przyglądał. Pamiętam, jak raz ojciec Machajski przyszedł do nas, a akurat Tomek z Jurkiem, synem mojego brata, strzelali na tarasie z łuku do tarczy w ogrodzie. Chłopcy pozwolili ojcu Machajskiem spróbować swoich sił i proszę sobie wyobrazić, że trafił w sam środek tarczy, z odległości bodaj 30 metrów, co się chłopakom nie udawało. Bardzo im zaimponował, że jest takim świetnym łucznikiem (śmiech). Od tej pory odnosili się do niego z najwyższą atencją. Jeszcze sobie przypominam taką śmieszna historyjkę z moją wnuczką. Jak byłyśmy razem w kościele kolejowym, to poszłam do Komunii świętej, a wnusia miała wtedy 4 lata. Wróciliśmy do domu, a ona płacze. Szlocha tak rzewnie, że serce mi się kraje. Pytam, co się stało. "Babciu, mówi, ja płaczę dlatego, że Tobie ksiądz dał wafelek w kościele, a mnie nie dał, a przecież ja mu dałam pieniążka na tace". Tę historię ojciec Augustynek opisał w "Bethanii". Więc takie były nasze stosunki z jezuitami, bardzo bliskie i serdeczne.

Czy pamięta Pani dzień koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia w Zawadzie - 11 sierpnia 1963 roku?

- To był przede wszystkim piękny dzień, jeśli chodzi o pogodę. Ciepła, sierpniowa niedziela. Mąż został z dziećmi w domu, a ja z mamą poszłyśmy piechotą do Zawady. Ludzie schodzili się z wszystkich stron. Podążali na piechotę, furmankami, na rowerach. Szli z chorągwiami, feretronami, wieńcami, uplecionymi z kwiatów i zbóż. Wiele osób szło w strojach ludowych, banderia konna. Panował szalony entuzjazm, który wzbudzała przede wszystkim obecność Prymasa Wyszyńskiego. To były ciężkie czasy dla Polaków. Wszyscy zdawali sobie sprawę, co Wyszyński reprezentuje, jaki jest nieugięty jako Prymas, i jako Polak. W kościele w Zawadzie i na placu koronacyjnym zebrały się ogromne tłumy, mnóstwo księży, konfesjonałów, ołtarzy polowych. Pilnowałyśmy się z mamą, aby się w tym tłumie nie zgubić. Mama już była starszą osoba i bałam się, żeby nic jej się nie stało w tym ścisku.

Pamięta Pani homilię kardynała Wyszyńskiego?

- Szczegółów już nie pamiętam, tyle lat minęło, ale pamiętam, że wywołała wielki aplauz i wzruszenie, bo Prymas mówił również o niezbywalnych i przyrodzonych prawach człowieka, prawach Kościoła i prawach ludzi wierzących, deptanych przez komunistów. Myślę, że warto byłoby przypomnieć Sądeczanom tamtą homilię kardynała Wyszyńskiego, bo nie straciła na aktualności. Koronacja obrazu Matki Bożej Pocieszenia to była wielka, podniosła uroczystość, która umocniła nas w wierze. To był wielki hołd oddany Matce Bożej, w Jej sądeckim wizerunku, która przez wieki opiekowała się Sądeczanami, a już szczególnie jezuitami w czasie drugiej wojny światowej. Pomimo upływu pięćdziesięciu lat, brzmi mi w uszach śpiew tysięcy ludzi i mocny głos kardynała Wyszyńskiego. Plac był zradiofonizowany i wszystko było doskonale słychać. To było jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim długim życiu…

Rozmawiał Henryk Szewczyk Fot. własne

Maria Giza-Podgórska, ur. 1921r. w Nowym Sączu. Maturę zdała w maju 1939 roku w Katowicach. W czasie okupacji pracowała w starostwie w Nowym Sączu, kolportowała podziemną prasę, jako łączniczka AK, rozwoziła konspiracyjną pocztę. Po wojnie rozpoczęła studia prawnicze na UJ, ale musiała je przerwać, by pomóc matce w utrzymaniu młodszych braci. Pracowała następnie w Rejonie Dróg Publicznych w Nowym Sączu, zorganizowała także kółko nauki zachodnich języków dla dzieci w Chełmcu. W 1993 roku wydała w Sądeckiej Oficynie Wydawniczej książkę pt. "Z Sącza rodem. Wspomnienia córki generała Józefa Gizy".

powrót