Pocztówka z Zambii
o. Andrzej Leśniara SI Boże Narodzenie 2010 r., Chikuni, Zambia

Wigilijne zapiski

Już w pobliżu Sintemba, po pozostawieniu Tadeusza i Gerriego w dwóch innych stacjach misyjnych, usłyszałem dźwięk generatora i głośną muzykę. Nawet przy kaplicy był hałas i zacząłem się zastanawiać, jak to będzie z odprawianiem Pasterki przy tylu decybelach. Poza tym zacząłem się obawiać, że będę sam na tej wigilijnej mszy św. Przyplątał się jakiś pies i usiadł mi przy nodze. Poczułem się jak w Betlejem, bo i tam przecież pierwsze przywitały Pana zwierzęta. Mrok właśnie spowijał afrykańską przyrodę, która czekała na narodziny Zbawiciela. Przypomniało mi się niedawne zdarzenie w kościele, kiedy po przeczytaniu Ewangelii o wiernym słudze, pewien kundel wdrapał się przez okno. Ludzie próbowali przepędzić szczeniaka, ale ten w końcu znalazł swoją panią, niedużą dziewczynkę, i usiadł jej na kolanach. Dorośli oczywiście chcieli przepędzić zwierzaka, ale mała się rozpłakała, ściskając swojego przyjaciela i nie pozwalając nikomu go sobie odebrać. Nie musiałem nawet komentować Ewangelii.

Wreszcie pojawił się pierwszy mieszkaniec wioski, więc zapytałem go, skąd ta głośna muzyka i światła. - A to świętują "Christmasy". - No tak, pomyślałem, "Christmasy" bez Jezusa. Nawet w buszu. Wszędzie na świecie pojawia się to nowe święto - święto zakupów, kolorowych choinek, pastorałek i tanecznych szaleństw. Kiedyś nawet Japończycy zdziwili się, że chrześcijanie też obchodzą "Christmas" (po angielsku: Boże Narodzenie). W Japonii jest niewielu chrześcijan, ale "Christmas" obchodzą tam wszyscy - w sklepach. W końcu zaczęli napływać ludzie, więc usiadłem, aby słuchać spowiedzi. Po jakiejś półtorej godziny byliśmy gotowi i zaczęliśmy mszę św. Radość narastała. Ludzie śpiewali głośno i wkrótce nie było słychać muzyki z zewnątrz. Gdy kończyliśmy "Gloria" kościół wypełnił się nagle po brzegi. Okazało się, że goście z tej restauracji, słysząc śpiewy dochodzące z kaplicy, postanowili świętować "Christmas" z Jezusem, a nie w knajpie bez NIEGO. Przed czytaniami włączyłem latarkę, bo zrobiło się już całkiem ciemno. Różnorakie robactwo zaczęło się tłumnie dobijać do światła. Kiedy kończyłem czytać Ewangelię, połknąłem dobrą garść owadów, które jakoś dziwnie upatrzyły sobie moje usta.

No cóż, w buszu misjonarz może liczyć tylko na taką wigilijną przekąskę. Kiedy wróciłem do domu, o. Andrew właśnie gotował swoje ulubione danie z gąsienic. Trochę mu się przypaliły i czuć je było w całym domu. Zamarzyły mi się nagle świąteczne makowce, serniki, kiełbaska, i inne domowe frykasy. Mrówki i gąsienice to lokalny przysmak - dobre źródło protein, ale nie dla Europejczyka. Na szczęście Kelly, drugi afrykański jezuita pracujący z nami w parafii, wyrzucił Andrew z rondlem przypalonych gąsienic na zewnątrz, bo pewnie nic bym już dziś nie mógł przełknąć. I tak czułem wciąż w ustach smak owadów, których się nałykałem w czasie czytania Ewangelii. Kładąc się spać, nie mogłem się oprzeć napływającej radości i wdzięczności za dar bycia tutaj, pośród tych ludzi, na ziemi zambijskiej - za cuda, które napotykam codziennie. Jeżeli czytacie te słowa, jesteście pewno częścią tej radości, którą wyprosiliście przez modlitwę, różne dary i ludzką przyjaźń.

BÓG ZAPŁAĆ. Wasz w Panu o. Andrzej Leśniara SJ

powrót