Chrzest chrztowi nierówny

Święta, święta…

Święta, święta i po świętach. Tak to zwykle bywa. Wydaje się, że dopiero wczoraj obchodziliśmy uroczystość Narodzenia Pańskiego, że przed chwilą strzelały szampany i sztuczne ognie ogłaszające nadejście Nowego Roku, a tu nim się człowiek obejrzał i już koniec tzw. Okresu Bożego Narodzenia. Co prawda w naszych domach i kościołach choinki i szopki będą stały jeszcze do 2 lutego, ale i tak nie zmieni to faktu, że czas płynie nieubłaganie i pora wracać do pracy, szkoły i swoich obowiązków. Ten szczególny okres świąteczny kończy się jednak nie wtedy, kiedy po kilku dniach laby i przymusowego obżarstwa podejmujemy na nowo swoje obowiązki, ale w niedzielę, w której wspominamy jedno z najważniejszych wydarzeń z życia Jezusa, tak zwany chrzest w Jordanie.

Chrzest chrztowi nierówny

Piszę Ťtak zwanyť, ponieważ chrzest Jezusa nie był tym samym chrztem, który przyjmujemy, choć używamy tego samego słowa. W czasach Jezusa znany był tzw. Ťchrzest nawróceniať. Był to obrzęd polegający na potrójnym zanurzeniu w wodzie rzeki przy jednoczesnym publicznym wyznaniu swoich grzechów i obietnicy poprawy. Przyjmowali ten chrzest ludzie, którzy w oczekiwaniu na Mesjasza pragnęli zmienić swoje życie. Nie dokonywał on jednak przemiany ich serc, ale był pewnego rodzaju znakiem rozpoczęcia innego, bardziej uczciwego życia. Woda od wieków była symbolem dwóch rzeczywistości: życia i śmierci. Dlatego potrójne zanurzenie było jakby śmiercią tego, co dawne i narodzeniem się nowego życia. Nasz chrzest, choć także oparty na potrójnym zanurzeniu (wyrażanym zazwyczaj przez potrójne polanie głowy), polega na radykalnej przemianie serca człowieka, na udzieleniu mu zupełnie nowego życia, na usunięciu tego, co nazywamy Ťzmazą grzechu pierworodnegoť. Jest to także śmierć i powstanie do nowego życia. Nie jest to jednak symbol - jak w czasach Jana Chrzciciela - ale rzeczywistość, choć ukryta pod znakami i nie do końca widoczna dla naszych oczu.

Umiłowany Syn Ojca

Wróćmy jednak do chrztu samego Jezusa. Dla Niego było to przełomowe wydarzenie. Jednak nie dlatego, że Jezus musiał podjąć jakieś postanowienie i zmienić swoje życie. Raczej dlatego, że Jego życie zostało zmienione, i to radykalnie, przez samego Ojca. To właśnie w trakcie zanurzenia w Jordanie Jezus usłyszał słowa, które stały się fundamentem Jego publicznej działalności. Oto usłyszał i bardzo mocno doświadczył, że Bóg jest miłością, a On sam jest Jego umiłowanym Synem. To doświadczenie, połączone z namaszczeniem Duchem Świętym, było tak wielkie i ważne, że potrzebował 40 dni samotności na pustyni, aby je przyjąć, zrozumieć i zasymilować. Głos, który wówczas usłyszał, miłość, której wtedy doświadczył, na zawsze przemieniły nie tylko Jego życia, ale także i nasze. To właśnie ta miłość dała początek Jego misji. Ta miłość popchnęła Go do ujmowania się za ubogimi, chorymi i przegranymi życiowo ludźmi (grzesznicy, celnicy, trędowaci). Ta miłość pozwoliła Mu w końcu oddać za nas życie na krzyżu.

Ten sam dar

Jezus nie byłby jednak sobą, gdyby tak wielkie i ważne doświadczenie zagarnął tylko dla siebie. Tak jak wszystkim, co posiadał, także i tym doświadczeniem, zapragnął się z nami podzielić. Chciał, by każdy, tak jak On, doświadczył przemieniającej mocy miłości Boga. Dzieje się to w każdym sakramencie, szczególnie podczas chrztu. Rodzice przynosząc swoje dziecko do świątyni i prosząc Kościół o chrzest, proszą by Bóg publicznie i wobec całej wspólnoty wypowiedział nad ich maleństwem te same słowa, które wypowiedział wobec Jezusa: "Tyś jest moim synem/ córką umiłowanym/ną, w tobie mam upodobanie". Proszą też, by ten sam Duch, który napełnił Jezusa, napełnił także ich dziecko, kształtował je i prowadził przez życie.

Niech inni się tym zajmą Ale z panem Bogiem tak to już jest, że nie chce niczego robić w pojedynkę. Pragnie, byśmy przyłączyli się do Jego dzieła. Niestety my, w naszym społeczeństwie, przywykliśmy przerzucać wiele spraw na innych. Tak np. uważamy, że za dobrobyt w Państwie odpowiada prawie wyłącznie rząd, za porządek i bezpieczeństwo na ulicach policja, a za wychowanie dzieci szkoła. Nawet wychowanie religijne przerzucamy na barki katechetów i księży. W końcu biorą za to pensje w szkole. Czyż nie?!

 

powrót