Czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.

Od wielu lat pracuję w szkole z młodzieżą. Ubywa mi sił, cierpliwości i serca do tej, coraz trudniejszej i coraz więcej wymagań stawiającej, pracy. Dziś nie wyobrażam sobie uczenia w klasie 38-osobowej, a przecież jeszcze parę lat temu była to norma. Pamiętam rocznik, kiedy do matury przygotowywałam dwie klasy, w jednej miałam 38, w drugiej 42 uczniów. Gdyby dziś przyszło mi uczyć w takich zespołach, chyba trafiłabym do domu wariatów. Jedna obserwacja jest prawdziwa zawsze. Najmniej problemów przysparzają uczniowie z rodzin, gdzie dzieci wychowywane są tradycyjnie. Chłopcy służą w kościele jako lektorzy, chodzą na rekolekcje, na Msze w pierwsze piątki miesiąca, potrafią zaśpiewać kolędę. No i oczywiście mają sporo pracy w domu. Zdarza się, że 16 czy 17-latek prowadzi całe gospodarstwo. Pomimo licznych obowiązków znajdują czas na naukę. Czas i chęci. Wiem o tym wszystkim, bo rozmawiam z moimi uczniami.

Zastanawia mnie, co się stało z naszymi rodzinami, że nagle zrobiły się tak niewydolne wychowawczo? Gdzie podziały się wzorce wyniesione z własnych rodzinnych domów? Ja sama pamiętam doskonale swoją rodzinę, wiem, ile jej zawdzięczam. Moi rodzice pomimo tego, że byli niezamożni i niewykształceni pozostawili mi dziedzictwo, które owocuje w całym moim dorosłym życiu. Ojciec nauczył mnie pracy, sumienności, dokładności i odpowiedzialności za to, co robię. Były to trudne lekcje, bo tato był surowy i pieszczoty rezerwował dla małych dzieci. Pamiętam, że jeszcze jako 5-latka nie zjadłam obiadu, jeśli tato nie wrócił z pracy, nie wziął mnie na kolana i nie nakarmił ze swojego talerza. Im byłam starsza, tym więcej miałam obowiązków. Kiedy wybierałam się na studia, mama zacytowała przysłowie: Dla chcącego nic trudnego. W domu nikt nie wiedział, że zdaję maturę, o egzaminach na studia ojciec dowiedział się po 3 dniach, kiedy zorientował się, że nie ma mnie w domu. Dlaczego? Ponieważ w mojej rodzinie wszyscy znali zasadę: Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. I każdy uczył się odpowiadać za siebie i swoje życie. Kiedy miałam moment kryzysu i zwątpienia w swoje siły, mama mówiła: Poradzisz sobie, nie święci garnki lepią! I w ten sposób stare polskie porzekadła kształtowały moją młodość niczym dobrze sprawdzone prawidło. Oprócz pracy drugim narzędziem wychowawczym była pobożność.

Nie ma chyba nabożeństwa, na które jako dziecko nie byłabym zaprowadzona przez rodziców czy starsze rodzeństwo. Obowiązkowe były gorzkie żale, droga krzyżowa w Wielkim Poście, różaniec w październiku i majówki z maju. Gorzkich żali nigdy nie lubiłam i to mi pozostało do dziś. Natomiast z wielkim sentymentem wspominam procesje w oktawie Bo żego Ciała. Biała, koronkowa sukienka, płatki kwiatów na dziedzińcu kościelnym to moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa. W moim domu były dwie białe sukienki. Najpierw sypały w nich kwiatki moje starsze siostry, potem przypadły mnie i mojej siostrze Marcie, następnie młodszym bliźniaczkom. W tym czasie ja dorosłam do noszenia figurki z Dzieciątkiem a później z Matka Bożą. Na procesje chodziłam dwa razy dziennie, pomimo że miałam 3 kilometry do kościoła. Mam wrażenie, że wyrosłam w cieniu Pana Jezusa w tabernakulum. Dziś już nie pamiętam tak dobrze na pamięć Nieszporów i Te Deum, ale pozostała mi miłość do Najświętszego Sakramentu.

Przed tabernakulum najłatwiej jest mi się modlić, tu bezpiecznie przeżywam kryzysy. Tu zaprowadzam moje córki i one też miały swoje białe sukienki, niestety tradycja noszenia feletronów zanikła. Z pewnym wzruszeniem natomiast odkryłam, że moja siostra z „naszej” sukienki uszyła komeżkę dla swojego synka i teraz on chodzi w Eucharystycznej Procesji. Za jakiś czas tę komeżkę dostanie na pewno mój dwuletni chrześniak Mateuszek. Wiem, że moje dzieci nie przejmą wszystkich wzorców, które im wpajam, nie powielą mojego życia, ale wiem też, że czego im nie dam, tego mieć nie będą. Mnie też trudno jest robić rzeczy, których nie nauczyłam się w domu, bo jak mówiła moja mama: Czego się Jaś nie nauczy......

AG

powrót